Sądy i osądy
POWIEŚĆ
Katarzyna Leżeńska
FRAGMENT PIERWSZEGO ROZDZIAŁU
Prószyński i S-ka
wrzesień 2006
Listopadowa niedziela dogorywała w półmroku, choć nie było jeszcze nawet czwartej. Droga, od Białegostoku niemal pusta, bliżej Warszawy powoli się zapełniała. Przy tej pogodzie i takim ciśnieniu nawet samochodom z najświeższą warszawską rejestracją nie chciało się uprawiać zwyczajowego na tej trasie wyścigu o tytuł najzdrowszego dawcy organów. Wszyscy jechali w karnym korowodzie.
Kilka kilometrów autostrady na wysokości Ostrowi Mazowieckiej przewinęło się jak kawałek kolorowej taśmy filmowej wklejony przez pomyłkę w czarno-biały film. Autostrada przeszła w dziurawą szosę i tylko las czerniał po obu stronach drogi ponuro, w beznadziejnym jak na razie oczekiwaniu na śnieżną pierzynę. Nic prócz grubej warstwy śniegu nie mogło ukryć przydrożnej nędzy. Niezliczone bary z domowymi obiadami bezlitośnie straszyły resztkami dawnej świetności lub pretensjami do elegancji. Niektóre próbowały przysłonić swoją brzydotę girlandami choinkowych lampek. Inne poddały się już parę sezonów temu. Wszystkie świeciły pustkami.
Agata siedziała w ponurym milczeniu. Nienawidziła wizyt u teściów. Za każdym razem, kiedy tam jechała, czuła się jak słaba aktorka siłą obsadzona w rodzinnej telenoweli. Zdawała sobie sprawę z tego, że Filip ciągle miał nadzieję na jakiś cudowny przełom w jej stosunkach z rodzicami i że za każdym razem wyjeżdżał zawiedziony, ale nic nie mogła na to poradzić. Tyle, że nauczona doświadczeniem przestała się na ten temat wypowiadać.
Zazwyczaj przez całą drogę zbierała mocno nadwątlone siły. Około Wyszkowa udawało jej się już wydobyć z poczucia beznadziei albo ciężkostrawnej, bo nie wyładowanej, irytacji. Na razie dopiero zbliżali się do Wyszkowa, więc wszystko, na co było ją stać, to tępe wpatrywanie się w pobocze.
Tylko dlatego zauważyła tlenioną domowymi sposobami blondynkę o wyrazistej bałkańskiej urodzie, która przyglądała im się uważnym wzrokiem profesjonalistki. Spokojnie otaksowała Filipa siedzącego za kierownicą i Agatę, która ze swoją nową fryzurą wyglądała jak szczupły nastolatek. Jacek spał rozciągnięty na tylnym siedzeniu, więc siłą rzeczy nie mogła go zobaczyć.
Filip zwolnił, nie tyle ze względu na to chłodne wejrzenie, ile na hamującą przed nimi kawalkadę samochodów. Dziewczyna na poboczu wyprostowała się jakby od niechcenia. Wszystko co miała na sobie było o dobre dwa numery za małe, jakikolwiek ruch powodował zatem odsłanianie, rozsuwanie, obnażanie, co przy tej temperaturze robiło spore wrażenie. Rozsunęły się więc poły skórzanej kurtki w kolorze krwi tętniczej, eksponując biust opięty różową elastyczną materią. Bluzeczka pojechała do góry, odsłaniając pępek, wokół którego wiła się wytatuowana… korona cierniowa. Mimo przymrozku dziewczyna miała na sobie mikroskopijne dżinsowe szorty. Naciągnięte do granic możliwości siatkowe pończochy byłyby pewnie niedostrzegalne gołym okiem, gdyby nie ich krwista czerwień.
Od samego patrzenia na nią robiło się zimno i smutno zarazem, bo trudno było wyobrazić sobie coś bardziej żałosnego na zmrożonym poboczu w listopadową niedzielę.
– Nic z tego, kotku! – mruknął Filip. – Ta pani, co tu siedzi, robi to dużo lepiej i na każde zawołanie.
Agata zesztywniała z oburzenia.
– Ledwie zawoła, a ja lecę, aż się kurzy – dodał Filip, kładąc dłoń na kolanie żony. – A jak nie woła, to czekam i przebieram nogami.
– Na co woła, tato? – odezwał się niespodziewanie przytomnie Jacek z tylnego siedzenia.
– Na obiad synu, na obiad – odparł Filip niemniej przytomnie.
– Myślałem, że zajedziemy do McDonalda – mruknął Jacek rozczarowany.
Agata siedziała, nie odzywając się. Odbywali tę rozmowę z częstotliwością hejnału mariackiego, nie było sensu się włączać.
– Tymczasem zatrzymamy się na tym parkingu – oświadczył Filip, skręcając w bok.
– Po co? – zapytała Agata.
– Następnego korka nie przetrzymam. Szkoda tapicerki – wyjaśnił Filip.
Wysiadł pośpiesznie i niemal natychmiast zniknął z oczu w gęstniejącym mroku i lesie.
Jacek z westchnieniem przewrócił się na drugi bok, Agata zagapiła się przed siebie. Nie zauważyła stojącego obok minivana. Dopiero, kiedy jego kierowca otworzył drzwi i zabłysło światło, spojrzała w tamtą stronę. W tej samej chwili Filip biegiem dopadł ich samochodu, wsiadł i ruszył z takim piskiem opon, że dziecko aż zagwizdało z podziwu.
– Co się stało? – zapytała parę minut później, nie odwracając głowy, żeby Jacek nie usłyszał.
– Potem – uciął Filip.
Przez resztę drogi komentowali wiadomości radiowe. Filip musiał być jednak bardzo poruszony, tym, co go spotkało w krzakach, bo zaraz po zjeździe z Marsa na zatkaną jak zwykle Ostrobramską, skręcił bez słowa do najbliższego na tej trasie McDonalda.
Jacek rzucił się do środka jak koń, który poczuł stajnię. Wiedział przecież, że rodzice jak zawsze najpierw zamówią tylko po kawie, potem pogadają, ponarzekają i na koniec, wśród uroczystych zapowiedzi, że to naprawdę ostatni raz, strzelą sobie co najmniej po cheeseburgerze. Tymczasem on w spokoju wybierze kolejny eksponat do swojej gigantycznej kolekcji bezużytecznych maskotek i składanych zabawek rozpadających się od byle dotknięcia.
– No więc? – zagadnęła Agata niecierpliwie, korzystając z chwili odosobnienia przy stoliku.
– Daj spokój! – machnął ręką Filip, ale upił łyk cieczy, która w McDonaldzie uchodzi za kawę, i zachęcony spojrzeniem żony, pochylił się w jej stronę. – Poszła za mną w te krzaki.
– Kto?
– Panienka.
– Ta z pobocza?
– Jeden pies w tych ciemnościach. Myślałem, że to ty, a ona podchodzi i pyta, jak chcę, w paszczu czy…
– Wyobrażam sobie – przerwała Agata. – No i co?
– Nic. Zwiałem. Spodnie do prania – mruknął Filip.
(...)
Copyright © Katarzyna Leżeńska 2005–2024