Z całego serca
Katarzyna Leżeńska • Ewa Millies-Lacroix

Prószyński i S-ka
wrzesień 2006

Gruner+Jahr
styczeń 2006

Prószyński i S-ka
październik 2004
Fragment 6
Marcin budzi się, rozprostowuje kości i wstaje leniwie. Ziewa. Zakłada adidasy na gołe stopy. W całym domu nie ma lustra, nie musi więc oglądać niemiłosiernie wygniecionych spodni i koszuli, świeżej wczoraj.
Przechodzi do salonu. Włącza i wyłącza telewizor. No tak, przecież Paweł zdążył go tylko wnieść. Idzie do kuchni. Otwiera lodówkę. Jest prawie pusta. Tylko kilka puszek piwa. Wyjmuje jedną. Otwiera. Wypija łyk i z niesmakiem odstawia. Przygładza ręką włosy. Idzie do drzwi wyjściowych. Naciska na klamkę. Drzwi nie puszczają. Jeszcze raz próbuje – znowu nic. Zaczyna manipulować zamkiem, ale należy on do tych wynalazków techniki, których bez klucza nie można za chińskiego boga otworzyć od wewnątrz.
– Merde! Co za palant! – wyrywa mu się.
Energicznie wchodzi do salonu i gorączkowo zaczyna szukać kluczy. Przekłada pudełka, zagląda pod stół, na parapet okna. Sięga do kieszeni – jednej, drugiej. Wraca do sypialni, rozgląda się chwilę. Gdzie ona jest? Normalka, zostawił komórkę... no gdzieś ją zostawił. Znajduje niepodłączony telefon, szuka gniazdka, wciska sznur, ulga, jest sygnał.
– Słucham, kardiologia.
– To ty? – Marcin nie kryje zdziwienia.
Nie wiedzieć czemu, nie przyszło mu do głowy, że to Ola odbierze telefon w pokoju lekarzy. Pewnie dlatego, że odruchowo wykręcił numer, na który zawsze do niej dzwonił. Cóż, hiperkac to nie najlepsza pora na błyskotliwe rozwiązania.
– To ja... poznałabym cię, gdybyś dzwonił nawet z Magnitogorska. Paweł rozmawia z pacjentką.
– Z Magnitogorska? Chcesz mnie wysłać tak daleko? Na razie nie mogę nawet wyjść na ulicę. Olu, wykaż się i dobierz do katany Pawła. W kieszeni powinien mieć klucze.
– Chwileczkę – rzuca Ola.
Przez chwilę Marcinowi wydawało się, że jest zadowolona, słysząc go, ale chyba już jej przeszło.
– No co, ma? – niecierpliwi się.
– Poczekaj... – odpowiada pani doktor z pewnego oddalenia.
Marcin próbuje spacerować po pokoju, ale to stary aparat telefoniczny. Sznur jest za krótki na wędrówki.
– Nie ma kluczy, jest jeden klucz – odpowiada Ola do telefonu.
– Ekstra. Zatrzasnął mnie u siebie. Berezyńska 8c. Bierz taxi, kup coś do żarcia i śmigaj tu mnie uwolnić. Uświerknę za chwilę, więc pośpiesz się maleńka. – Marcin wie doskonale jak wydawać Oli kretyńskie rozkazy, a "zażenowanie" to słowo, które nigdy nie zaistniało w jego słowniku. Tylko że Ola milczy jak zamurowana. Marcin reflektuje się nieco: – Oleńko, ratuj mnie, proszę! Jestem za młody, by umrzeć z głodu!
– Zobaczę co się da zrobić. Berezyńska – odpowiada Ola cicho.
– Tylko pamiętaj o winie – dorzuca jeszcze Marcin i odkłada słuchawkę.
Zadowolony postanawia sprawdzić, dlaczego właściwie tak nie smakowało mu otwarte przed kwadransem piwo. Po chwili dzwoni po pizzę. Pewnie już zapomniał, o co prosił Olę, a zresztą, od przybytku głowa nie boli.
Teraz długi łagodny prysznic i będzie jak nowo narodzony. No prawie, ale i na to jest rada. Tabletki od bólu głowy ma zawsze przy sobie. Nosi je w portfelu, tam, gdzie reszta świata przechowuje karty kredytowe. Cóż, każdemu to, czego potrzebuje, choć Marcin zapewne bez trudu zmieściłby jedno i drugie. Gdyby był choć trochę bardziej wiarygodnym klientem kolejnych banków...
Popija tabletkę piwem i wchodzi pod prysznic, który okazuje się, niestety, prysznicem błyskawicznym, bo zaledwie zmoczył głowę, rozlega się dzwonek do drzwi. Przystojność nie pozwala przytoczyć tego, co wyrzuca z siebie Marcin, wkładając spodnie. Mocnym ruchem naciska klamkę. Raz i drugi. No tak, zupełnie zapomniał o pieprzonych kluczach. Sytuacja jest naprawdę głupia. Nawet jak na Marcina.
– Panie Pizza, jak masz pan na imię? – rzuca w końcu do wizjera jakby tamtędy głos dochodził lepiej niż przez drzwi.
– Kliencie, płać, bierz towar i zmykam – odpowiada mu zniecierpliwiony głos z klatki schodowej.
– Tak prosto to niewykonalne. Brat mnie zatrzasnął w mieszkaniu. No, jak masz pan na imię, panie Pizza? – Marcin nie daje za wygraną.
– Romek. To co ja mam zrobić? – pyta bezradnie roznosiciel.
– Zejdź pan na dół, panie Romanie i patrz w górę!
Marcin wchodzi do salonu. Otwiera okno. Mocuje się z nim. Okno zostaje mu w rękach. Nic dziwnego, wisiało na jednym zawiasie.
– O, tak wygląda szczęście mojego brata. Niech pan podejdzie przez ogródek!
Pan Pizza Roman podchodzi bliżej. Marcin odstawia okno, wychyla się, wyciągając obie ręce. Pan Pizza podskakuje, próbując podać mu czerwoną torbę. Niestety, to pierwsze piętro nad wysokim parterem.
– Panie Romanie, rzuć pan okiem, nie da się czegoś podstawić?
– Nie bardzo, wszystko uprzątnięte. A nie, jest jakaś resztka drabiny
– No to chodź pan na piwo za fatygę.
Marcin jednym ruchem wciąga Pana Pizzę do środka. Roman Pizza gospodarskim okiem ogarnia salon i wyjęte z zawiasów okno. Zdejmuje czerwoną czapkę. Podchodzi do okna. Marcin pałaszuje już pierwszy kawałek pizzy.
– Niech pan tu podtrzyma – zwraca się Roman do wygłodniałego gospodarza. – Wsadzimy w te zawiasy. To szajs, ale może się uda.
– Tylko przełknę. Marcin jestem. – Przełykając kęs peperoni, podaje rękę wybawcy.
Przez chwilę szarpią się z oknem. Wstawione. Na wszelki wypadek lepiej nie otwierać. Marcin sprawdza sąsiednie okno. W samą porę, bo pod domem zatrzymuje się taksówka. Otwierają się drzwi pasażera i...
Nachylona przy samochodzie Ola niezdarnie zbiera szkło po czerwonym winie. Połowa spódnicy zalana boskim trunkiem. Mimo wszystko zgrabny tyłeczek, konstatuje Marcin ze znawstwem.
Z samochodu wyskakuje taksówkarz.
– Co pani, dziecko? I jeszcze się pani zalała. Na drugi raz niech pani białe wino kupuje – poucza krępy pięćdziesięciolatek z łysiną, a drze się tak, że słychać go pewnie przy Rondzie Waszyngtona.
Otwiera bagażnik, wyjmuje butelkę z wodą i szmaty. Pomaga Oli, wystawia wypchane reklamówki na chodniku.
– Ja postawię. Jeszcze znowu pani coś stłucze – krzyczy i zabiera się do wycierania tylnych drzwi, które wyglądają jak burta świeżo ochrzczonego statku.
– Chyba tutaj... – Ola dopiero teraz dostrzega Marcina, który wyciąga rękę z piwem w geście toastu.
– Drugi catering przyjechał! Twoje zdrowie, Olka! – ryczy na całą ulicę, chyba jednak głośniej niż taksówkarz chwilę wcześniej, bo ten aż wysiada z samochodu.
– Coś ty... – szturcha go spłoszony Pan Pizza, ale nikt jeszcze nie poskromił Marcina w tym stanie.
– Zdrowie szybkich kobiet! Zdrowie pani doktor! – wrzeszczy wywieszony w oknie.
Widzi, że Ola przygląda mu się, ale nic w jej nieruchomej twarzy nie wskazuje na to, by miała roześmiać się perliście, na co, nie wiedzieć czemu, liczył. Nie tylko się nie śmieje, ale jednym ruchem ciska klucz gdzieś w środek zapuszczonej rabaty. Taksówkarz, obserwujący całe zajście, bez komentarza otwiera jej drzwi.
– Goń ją! – proponuje przytomnie Pan Pizza
– Oolka! – woła Marcin za odjeżdżającą taksówkę. Nic z tego. – No i bardzo dobrze. – Wzrusza ramionami.
– To ja już pójdę, bo mnie z roboty wywalą.– Pan Pizza też stracił humor.
Obaj, cokolwiek niezdarnie, wychodzą przez okno. Marcin szuka klucza w ogródku, Pan Pizza podnosi torby z jedzeniem pozostawione na chodniku. Wygląda na to, że Ola wykupiła pół sklepu.
– Weź sobie. Na zdrowie! Przecież to od pani doktor – drwi Marcin.
– Niezła babka, trochę przesadziłeś, kolego – mruczy Pizza Roman.
Może chciałby jeszcze coś dodać, ale Marcin triumfalnym okrzykiem obwieszcza właśnie światu i okolicom, że odnalazł nieszczęsny klucz. Wraca do mieszkania normalną drogą, ale od drzwi odwraca się jeszcze. Ostatnie słowo musi należeć do niego.
– One wszystkie są niezłe – rzuca wyzywająco, choć nie ma już nikogo, kto mógłby podjąć dyskusję. – Wszystkie są niezłe, jak te twoje pizze.
Poprzedni fragment
Następny fragment
Copyright © Katarzyna Leżeńska 2005–2025